Historia ludzkości to kronika nieustannej walki o terytoria i zasoby – najpierw między plemionami, a następnie między państwami. Biorąc pod uwagę skalę minionych konfliktów, przetrwanie naszego gatunku zakrawa na fenomen, zwłaszcza w cieniu tragicznych doświadczeń dwudziestowiecznych systemów totalitarnych. Mimo to nadal trwamy, choć rywalizacja o strefy wpływów nie ustała – zmieniły się jedynie jej formy i metody.
Gdy Sławomir Mentzen rzucił niedawno w stronę Jarosława Kaczyńskiego oskarżenie o bycie „politycznym gangsterem”[1], wielu potraktowało to jako kolejną odsłonę brutalnej, politycznej nawalanki. Jednak z mojej perspektywy – perspektywy libertariańskiej, takie określenie przestaje być obelgą, a staje się niemal pojęciem analitycznym. W końcu czymże jest państwo, jeśli nie organizacją roszczącą sobie monopol na łamanie prawa do życia, wolności i własności obywateli na danym terytorium?
Temat państwowego systemu zdrowia w Polsce powraca jak mantra – wszyscy dostrzegamy, że „działa” tragicznie. Coraz częściej powtarzamy, że należy go zreformować lub całkowicie zmienić. Za rozsądne rozwiązanie podajemy całkowitą prywatyzację rynku zdrowotnego, lecz wizja likwidacji opieki państwowej, mimo całkowitej jej niewydolności, u wielu wzbudza strach i maluje obraz umierających ludzi na ulicy. To też skutecznie zniechęca polityków do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Do problemu zatem podchodzi się wyłącznie emocjonalnie, a tam, gdzie pojawiają się emocje, tam znika racjonalność.
Większość z nas dostrzega globalne problemy, z którymi boryka się ludzkość. Bezrobocie, korupcja, terroryzm, konflikty zbrojne, migracja, efekt cieplarniany czy analfabetyzm to tylko niektóre z przykładów. Większość z nas, wskazuje także metody walki z tymi zjawiskami, głównie opierając się na propozycjach polityków. Wiemy, że przeznaczane są na to ogromne środki finansowe, ale jednocześnie nie zauważamy, by problemy malały lub znikały.
Kontrast
Rozmiar tekstu