Rocznie w Polsce wydaje się średnio 30 tysięcy tytułów (sic!) i większość z nich błyskawicznie znika w tym wydawniczym gąszczu. Istnieją jednak książki, które nie mają prawa przepaść w natłoku mniej lub bardziej udanych premier. Wprost przeciwnie – powinny wybrzmieć z pełną siłą. Taką lekturą jest właśnie „Chłopaki nie płaczą, chłopaki z okien skaczą” Marcina Dybuka. To rzecz ważna i potrzebna; jedna z tych, po które po prostu każdy z nas powinien sięgnąć.
Historia ludzkości to kronika nieustannej walki o terytoria i zasoby – najpierw między plemionami, a następnie między państwami. Biorąc pod uwagę skalę minionych konfliktów, przetrwanie naszego gatunku zakrawa na fenomen, zwłaszcza w cieniu tragicznych doświadczeń dwudziestowiecznych systemów totalitarnych. Mimo to nadal trwamy, choć rywalizacja o strefy wpływów nie ustała – zmieniły się jedynie jej formy i metody.
Recenzowanie to karkołomne zadanie. Wymaga bowiem odrzucenia osobistych przekonań i posiadania wystarczająco szerokiej wiedzy, by móc obiektywnie ocenić dzieło. Patrząc przez ten pryzmat na pisarza mającego w dorobku 28 wydanych tytułów – głównie w nurcie kryminałów retro i literatury górskiej – należy założyć, że jego najnowsza powieść zaprezentuje wysoki poziom: stylistyczny, fabularny oraz społeczno–filozoficzny. Za słusznością tego założenia przemawia również fakt uhonorowania autora m.in. Zielonogórską Nagrodą Literacką „Winiarka” (2018) za całokształt twórczości, a także tytułem „Książki Górskiej Roku 2019” za kryminał „Nad Śnieżnymi Kotłami”, który niesie obietnicę prozy wykraczającej daleko poza literacką przeciętność.
W gronie libertarian od dekad toczy się debata, która – choć intelektualnie stymulująca – jest w gruncie rzeczy bezproduktywna i oparta na błędnym założeniu. Spór o to, czy fundamentem wolności jest deontologia (etyka niezbywalnych praw), czy konsekwencjalizm (etyka skutków), jest na dobrą sprawę jałowy, gdyż opiera się na sztucznej dychotomii. W rzeczywistości sprowadza się on bowiem do rozstrzygania, co jest ważniejsze: działanie „2 + 2”, czy jego wynik, czyli „4”.
Jestem libertarianinem. Nie zostałem nim ani z kaprysu, ani z zasadniczej niechęci do instytucji państwa czy rządu, lecz w wyniku logicznego rozumowania i namysłu. Niestety, z ubolewaniem stwierdzam, że większość ludzi nie dostrzega tej logiki. Dzieje się tak nie bez przyczyny. To często my sami, libertarianie, nie potrafimy spójnie i skutecznie wyjaśnić, dlaczego większość ludzi – mimo że nieświadomie pielęgnuje libertariańskie wartości – ostatecznie popada w logiczną sprzeczność i nie dochodzi do tych samych wniosków co my.
Czy znajdzie się osoba, która odważy się podważyć globalny sukces Stanisława Lema i jego artystyczny i intelektualny wkład w fantastykę naukową? Pytanie to zadaję nie bez przyczyny, ponieważ skrywa w sobie gorzki paradoks. Mimo bowiem niezaprzeczalnego wkładu Lema w budowanie polskiej potęgi science fiction, nie jestem pierwszym ani ostatnim, który dostrzega, że gatunek ten wciąż traktowany jest z rezerwą a wręcz jest ignorowany w polskim mainstreamie.
Kontrast
Rozmiar tekstu